RSS
 

28.01.2015

28 sty

ZUS to jedna z najbardziej idiotycznych instytucji jakie znam. Dziś mi się kazali usprawiedliwiać, bo nie chciałam wpuścić kontroli do mieszkania. Pomijając fakt, że mam zepsuty domofon i wszelkie wizyty trzeba mi telefonicznie meldować. Do tego jestem na tyle chora, że bardzo często śpię i nawet nie rejestruję pukania czy dzwonka do drzwi. Jednak według pani obsługującej między innymi zasiłki chorobowe mam dokładnie podać kiedy mnie nie było i z jakiej przyczyny, nawet jak byłam u lekarza. Na zwolnieniu pisze jak byk, że mogę chodzić, czyli wynika z tego, że chyba tylko po domu, skoro mam tam stale przebywać. Większego idiotyzmu dawno nie przeżyłam. Mogę zrozumieć kontrole na wezwanie do inspektoratu, czy badanie przez orzecznika, ale nachodzenie kogoś w domu uważam za niestosowne. Nie wspomnę już o tym, iż osoba cierpiąca tak jak ja na depresję nie ma siły na nic. Leczę się już ładnych parę lat, ale ZUS nigdy nie zaproponował mi wyjazdu do sanatorium czy też skierowania na jakąś bezpłatną psychoterapię. Nie oni są tylko od kontrolowania mnie. To nie była pierwsza kontrola. Ciągana już byłam na kontrolę do siedziby, gdzie orzecznik nawet nie wiedział co mówi. Miałam nijakie wrażenie, że nie jest nawet lekarzem. Raz tylko spotkałam się prawdopodobnie z panią doktor o specjalności psychiatra. Niestety nasze urzędy dalej traktują ludzi jak zło konieczne. Do tego jeszcze nie wiem po co na „urodziny”, za nasze pieniądze, odwalili sobie film za bagatela 285 tysięcy o historii urzędu jakby kogoś to miało zainteresować. Opisały to gazety i tylko dlatego ktoś od czasu do czasu zajrzy na ten film. Oczywiście z tego nikt się nie musi tłumaczyć, ale przeciętny Kowalski chcąc „odebrać” swoje pieniądze to musi elaborat pisać i się usprawiedliwiać przed urzędnikami, mimo, że nic złego nie zrobił a kontrola mogła być spokojnie zapowiedziana. W końcu nie mam obowiązku nikogo wpuszczać (poza policją z sądowym nakazem przeszukania) do mojego mieszkania. Nie powinno też nikogo obchodzić co robię i gdzie przebywam jeżeli na zwolnieniu mam napisane, że mogę chodzić. W końcu to moja prywatna sprawa. Ciekawe co by paniusie by powiedziały jakbym napisała, że np. od 7 do 15 przebywałam u kochanka, którego nazwiska i adresu nie podam, gdyż ta osoba ceni sobie dyskrecję. W uzasadnieniu napisałabym, że nie zaproponowano mi z ZUS, żadnej innej terapii a seks dobrze wpływa na stan psychiczny. Ciekawe jestem czy takie tłumaczenie by przyjęli i co by z nim zrobili. Rozumiem, że ZUS chce wyłapać nieuczciwe osoby pracujące na zwolnieniu lub jeżdżące na wczasy ale takim sposobem to tego nie zrobią. Jest to kolejne beznadziejne i irytujące działanie naszych urzędasów. Pomijam fakt, że był to ostatni dzień mojego zwolnienia i wczoraj je przedłużyłam, tym razem tylko na dwa tygodnie, bo mam już dość tych idiotyzmów. Mam też nadzieję, że w końcu  skończy się zła passa i poukładam jakoś sobie życie, bo nienawidzę bycia kontrolowaną…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

05.05.2014

05 maj

No to już w tym roku definitywnie po pierwszych świętach jest. Z jednej strony to miło, bo jakoś nie lubię dni wolnych jak nie wyjeżdżam i nie odczuwam tego jako wolne tylko jako katorgę. Teraz było ciut lepiej, bo spędziłam praktycznie majówkę w stajni w domu Muśki. Stado składające się z 3 psów (Staff, Pcheła i Rosi), 2 koni (Riki i Grand) oraz 1 zestresowanego kota (Pepe). Opieka nad nimi była i jeszcze częściowo jest stresująca ale z drugiej strony też ciut odpoczęłam. Były chwile kiedy stado samo się zajmowało sobą, a ja mogłam poczytać na tarasie, bo pogoda dopisała. A poniżej na zdjęciach to co mogłam widzieć jak odrywałam się od książki.

Obraz 074

 

Obraz 083

Widoki jak z obrazów prawie. Szkoda, że tylko komórką je uwieczniłam, bo jak to i moja skleroza o aparacie tylko pomyślałam a zapominałam go zabrać. W takich nielicznych chwilach człowiek czuł się szczęśliwy. Zwierzaki zresztą też były w siódmym niebie, bo mogły się wyganiać ile chciały i z kim chciały. Staff pomału przyzwyczaił się do koni i przestał je ciągle atakować. Jednak dla bezpieczeństwa ma ciągle kaganiec jak wypuszczam konie na padok. Miał jednak swoje chwile gdy latał bez, bo nie było takiej potrzeby. W domu wysypiał się na łóżku z resztą sfory.

Obraz 078

 

Obraz 049

 

Obraz 127

Za to ja byłam mniej wyspana. Ciężko się śpi jak się ma 3 psy w łóżku nawet jeśli łóżko jest duże. Co ja poradzę, że lubię spać z psami. Piotrek je goni z łóżka, jak większość mężczyzn nie toleruje takiego zachowania. Po części ma rację, bo pościel jest wiecznie brudna a materac się zużywa dużo szybciej. Do tego Rosi to jeszcze szczeniak, który leje wszędzie gdzie popadnie. Pcheła ma za sobą już ten okres i sika tylko na spacerach. Za to bardzo ładnie nauczyła Rosi przychodzić na zawołanie. Jedynie Staff jest w tym względzie nieposłuszny, ale myślę, że to kwestia czasu i się też wyrobi. Nawet lepiej konie przychodzą od niego. Czasami mam wrażenie, że moje stado nigdy nie będzie idealne a są dni, że mam zupełnie odwrotne uczucie. Wstałam po herbatę a moje suczki natychmiast mi zaczęły asystować. Takie dwa małe cienie, bardzo miłe i miękkie w dotyku. Rosi właśnie wspięła mi się na ramiona z niewinną minką i dopiero jak jej powiedziałam, że to nie jest dobre wychowanie to odpuściła i poszła się położyć. Nie mam pojęcia dlaczego ta mała czarna suczka skojarzyła mi się w wampirkiem i tak już zostało.  Chociaż tutaj na zdjęciu to nie jest jej dokładna mina wampirkowata. Uszy za mało stoją i przysypia. Natomiast jak jest czymś przejęta i zmarszczy jeszcze do tych stojących uszu czoło to wypisz wymaluj karykatura wampirka.

DSC_0323

I takie to moje zwariowane stado. Kota jedynie nie ma na zdjęciach, a to ze względu na jego stan ducha i zestresowanie już nie chciałam mu fotek pstrykać. Nawet nie dał sobie kleszczy wyrwać tak się obawiał tej sfory psów. O dziwo Staff go jakoś nie zamordował. Kiedy wróciłam ze stajni do domu po psy to miałam duszę na ramieniu jak się okazało, że drzwi do kota są otwarte, Staficki bez kagańca w domu i dwie małe awanturki. Na szczęście kot leżał dalej schowany pod kołdrą i nie wydawał się bardziej zestresowany niż był. Żałowałam, że tylko on nie ma takiego fajnego relaksu jak cała reszta. Mam wrażenie, że dobrze by mu zrobiła partnerka, żeby miał jakieś stworzenie swojego gatunku obok siebie, a nie tylko psy i konie, pomimo iż koty raczej są samotnikami niż stadnymi zwierzakami. Kto wie czy jak nie wychodzi to nie zawarł jakiś kocich przyjaźni. W  końcu to wioska a tam kotów jest trochę. Szkoda, że te kamerki dla kotów są takie drogie, bo chętnie bym obejrzała świat widziany jego czami. Można by też wykorzystać ją na psach. Nie jest to jakiś nowatorski pomysł ale wydaje się naprawdę fajny. Świat według zwierzaków. Człowiek nauczył się odczytywać ich mowę to i miło by popatrzeć jak się komunikują między sobą. Ja właśnie dlatego uwielbiam godzinami patrzeć na moje stado. Lepszego filmu nie ma jak dla mnie. Teraz na spokojną obserwację nie będzie już tak wiele czasu ale zawsze parę minut czy godzin będzie można znaleźć i porobić trochę zdjęć, bo jakby inaczej. Szkoda mi jest jak tak cudowne chwile uciekają a ja ich mam tak mało w życiu ostatnio. Do tego jeszcze trudne chwile przede mną ale o tym chyba napiszę później…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

12.10.2013

12 paź

Wczoraj odkryłam, że Pcheła z jednej strony ma dwa kły (mleczaka co nie wypadł i już stałego). Będzie trzeba jakoś tego mleczaka usunąć, bo jej to przeszkadza w jedzeniu. Co prawda w zabawie zupełnie nie (widać to na zdjęciu). Staf tak się  do niej przyzwyczaił, że teraz dni zaczynają od gimnastyki czyli chamrania się ze sobą. Dziś postanowiłam porobić zdjęcia. Uwielbiam fotografować psy przy zabawie, bo niektóre fotki wychodzą zaskakujące jak ta na górze. Nie miałam pojęcia, że mam takie „wściekłe” psy w domu. Gdyby ktoś nie wiedział, że to zabawa to zapewne pomyślałby, że to walka na śmierć i życie z niewidocznym wrogiem. Jednak tak nie jest i to jest piękne, że mogę oglądać codziennie takie bezkrwawe walki psów. Dama zupełnie inaczej się z Małą bawiła. Staf mimo, że walczy siłowo to jest zadziwiająco delikatny w zabawie. Nawet czasami daje się powalić swojej mniejszej koleżance i wygląda to tak komicznie jak na zdjęciu. Małe psiątko w typie terriera manchesterskiego powala amstaffa.

Przekomiczne są te moje psy i poprawiają mi tym samym humor. To chyba nagroda za wczorajsze wybryki. Okazało się, że Staf ma fiksację na punkcie kamieni. Kiedy jechaliśmy oddać L4 do pracy Piotrka, ten zaczął się wiercić i kręcić. Nauczeni niezbyt miłym doświadczeniem ponownie woleliśmy stanąć. Staf się wysikał, choć raczej nie wyglądało, żeby aż tak bardzo go przypiliło, że musiał natychmiast ale nic to. W pewnym momencie zobaczył kamień. Złapał go błyskawicznie i nie miał zamiaru wypuścić. I co tu zrobić z amstaffem z szczękościskiem i niechęcią do porzucenia zdobyczy? W jadącym samochodzie raczej niewiele można zdziałać. Kiedy stanęłiśmy na parkingu Staf dalej nie miał zamiaru ustąpić i wypluć kamienia. Zaczęła się szarpanina. Nic z tego kamień nadal tkwił w pysku psa. Chwila namysłu i postanowiliśmy odebrać „zdobycz” sposobem, to znaczy wymienić ją na kanapkę z mięsem. Pies się zaczął wahać ale kamienia nie wypuścił. Nawet udało mu się w oka mgnieniu zjeść kawałek oferowanej łapówki i nie wypuścić kamienia. Ni groźbą ni prośbą nie dało się nic zrobić. Potem znowu szarpanina. Zaciekawieni robotnicy przystanęli i przyglądali się sytuacji. Tym razem zaoferowaliśmy na wymianę mięso. Nic z tego leżało przed jego nosem a kamień tkwił w szczękach. Jakimś sposobem Piotrkowi w końcu udało mu się wepchnąć za kamień przysmak do mordy Stafa. Mało co nie straci przy tej operacji palców, bo ten nie zwracając na nic uwagi zacisnął mocniej szczęki a przy tym palce Piotrka. Jednak w momencie jak chciał połknąć mięso to musiał wypuścić kamień. Udało mi się go zabrać i wyrzucić. W tej samej chwili pies wyszedł z trybu zafiksowania i stał się spokojnym uległym psem. Gdybym tego nie widziała to bym nie uwierzyła. Drugi wyczyn wczoraj należał do Pcheły. Piotrek wieczorem poszedł z psami na spacer. Ja byłam zbyt zmęczona. Rano pogrzeb, potem latanie po lekarzach z Piotrkiem, fiksacja Stafa, gotowanie (psom i nam), sprzątanie. Nie miałam już siły na nic. Jak to bywa w takich przypadkach gdy psy są niewybiegane to rozrabiają. Pcheła urwała się ze smyczy i nie miała zamiaru wracać do Pancia na zawołanie. Ten sobie polatał za nią wściekły i zdenerwowany, że mała wariatka wpadnie pod samochód. Do tego nagle Staf stwierdził, że trzeba małej bronić i usiłował się rzucać na przechodniów na których ona szczekała i skakała. W końcu jakoś udało się opanować sytuację. Psom się oberwało i był spokój. Położyły się i udawały, że ich nie ma. No cóż tak to bywa jak się ma psy. Teraz też chwilę pospały i wróciły do zabawy. Czasami ich nie ogarniam. Zwłaszcza jak usiłują mi zwalić komputer albo chamrają się na moich nogach jakby nie było nigdzie indziej miejsca. Ale i tak nie da się ich nie kochać. Iwona się pytała czy nie żałuję, że go wzięłam. Nigdy nie żałowałam i raczej żałować nie będę, bo nie po to się bierze psa, żeby żałować. Ja potrzebuję jego on potzrebuję mnie i się uzupełniamy, a że nie psów idealnych to stanowi wyzwanie i mogę się przy nim uczyć. Ot cała prawda o naszych zwierzakach…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

01.10.2013

02 paź

Ranek był bardzo miły i przyjemny. Wstałam, wzięłam psy na dłuższy spacer i po drodze wstąpiłam do sklepu po chleb. Niestety zakupy skończyły się na chlebie, bo dalej nie miałam swojego portfela a jedynie resztę w postaci 3 zł z wczoraj. W  ten sposób kupiłam chleb i sobie rogalika croissanta na śniadanie. Jak wyszłam ze sklepu psy się rozszalały. Zaczęły się bawić smyczami. Musiało to przekomicznie wyglądać jak nasza trójka się przeciąga smyczami. Psy podskakiwały powarkiwały i zabawa na całego.  Przeszliśmy tak kawałek potem uspokoiłam towarzystwo i dopiero na skwerku wróciliśmy do zabawy. Ludzie przystawali się popatrzeć co się dzieje co to za szaleństwo – dwa psy i człowiek bawiące się razem. Bardzo mnie to uradowało, że Staf otwiera się z dnia na dzień coraz to bardziej i tym samym ufamy sobie coraz bardziej. Potem zadzwoniła Muśka. Jak zawsze z pretensjami i nie umiałyśmy się dogadać. Skończyło się na kłótni i moim poirytowaniu. Przykro mi jest, że nie umiemy rozmawiać. Znowu zabolało jak mi powiedziała, że uważa mnie za kogoś gorszego, bo nie pracuję a moja depresja to zwykłe lenistwo. Zadzwoniłam też do Mojego Kochania czy odebrał polecony. Odebrał. Na szczęście nic ważnego, tylko rozliczenie ciepła i nowy czynsz, więc nie mam czym się martwić, bo czynsz o dziwo niższy niż był. I tak z finansami jest krucho. Nie mam pojęcia za co wyremontujemy mieszkanie czy samochód. Zastanawiam się nad wyjazdem gdzieś gdzie można dorobić. W tym kraju nie mam szans na dobrą pracę. Czy starczy mi sił aby to zrobić to nie wiem. Wieczorem obejrzałam sobie końcówkę Constantine, bo zasnęłam jak zaczęłam oglądać w TV. Niezły ale mnie nie powalił i nie wciągnął tak jak obejrzana poprzedniego wieczoru Iluzja. W końcu muszę kabelek kupić, żeby móc podłączyć lapa do telewizora i oglądać filmy on line a nie być zmuszona do ściągania ich. U Piotrka jest dobry internet, bo szybki bardzo i nic mi się nie tnie i nie buforuje. Szkoda tylko, że nie mam pojęcia jaki kabel potrzebowałabym, żeby i głośniki z telewizora wykorzystać. W sumie to można się tym nie przejmować i skorzystać z zewnętrznych. Dziś są też urodziny mojego brata. Złożyłam mu życzenia ale na wypad na pizzę z jego rodziną nie miałam ochoty. Moje Kochanie zresztą też nie. Miałam jeszcze odebrać buty z reklamacji ale jakoś zapomniałam o tym a jak mi się przypomniało było za późno. Jak zawsze. Dobrze, że je oddałam do reklamacji. Zresztą co to za buty w których się po niecałych 2 miesiącach zrobiły dziury na wylot w podeszwach i to obu. Masakra jakaś i bubel do kwadratu. Jedyna ich zaleta była taka, że dobrze się w nich chodziło, bo były lekkie i wygodne. Niestety bardzo nietrwałe. Szkoda. Będę musiała wymienić na jakieś inne, bo tych już nie widziałam. Tak czy siak potrzebuję butów, bo przecież nie będę latać jesienią na bosaka. To dobre na lato i upały. Pocieszające jest to, że nie będę musiała kolejnej kasy wydawać. Takie jest życie. Szkoda, że znowu się nie czuję najlepiej psychicznie, choć w zasadzie tak naprawdę nic się złego nie dzieje. Byliśmy też u weta na zastrzyku na pasożyty. Dostałam wyniki autopsji Damy. Faktycznie tak jak mówiłam to było ostatnie stadium raka. Guzy były wszędzie do tego martwica jelita i pęcherza. Nie było już szans na ratunek a eutanazja była jedyną sensowną decyzją. Tak bardzo nie chciałam mieć racji jak wypowiadałam te słowa jak jeszcze Dama żyła. Nie wiem jak to jest ale nigdy nie pomyliłam się w diagnozowaniu zwierząt, nawet jako dziecko nie mając doświadczenia. Czasami tak myślę, że w poprzednim życiu musiałam być weterynarzem. albo miałam jakiś pokrewny zawód. Tego się już raczej nie dowiem. Bardzo żałuję, że nie mam jak się wyszkolić chociaż na technika weterynarii ale najwyraźniej nie będzie mi to dane. Choć życie jest pokręcone to już tak jest, że nie mamy wszystkiego czego chcemy…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

30.09.2013

30 wrz

Jesienny las jest jak zawsze piękny. Niestety dwa wypady tegoroczne na grzyby skończyły się na spacerze z psami, bo grzyby owszem i były ale głównie te których ja osobiście nie zbieram. Za to psy miały uciechę nieziemską, bo się wyłaziły za wszystkie czasy. Gdyby nie to, że Staf miał biegunkę i zakupkał całe tylne siedzenie to byłoby świetnie. Częściowo to nasza wina, bo się kręcił, wiercił a ja nie stanęłam bo byliśmy blisko celu. Generalnie to nie jest pies który umyślnie brudzi. Sprzątanie jednak nie należało do łatwych i przyjemnych. Takie są też „uroki” życia ze zwierzętami.  Ja już przestałam zwracać uwagę, że co chwila coś sprzątam. Jak nie po psach, to po koniu albo kocie. Zresztą na temat psich kup ostatnio ścięłam się znowu z nieuprzejmą i zgorzkniałą panią na wózku inwalidzkim. Faktem jest, że Pcheła nie wytrzymała i napaskudziła przed wejściem do sklepu. Sprzątnęłabym jej produkty po wyjściu (nie miałam woreczka a w sklepie były na pieczywo) i nie byłoby problemu. Jenak tej „damie” tak to przeszkadzało, że zaczęła ze mną bezsensowną wymianę zdań. Miałam sprzątać już natychmiast bo jej się tak to widziało. Myślała może, że się wystraszę. Jednak jak ktoś się tak zachowuje we mnie narasta bunt i nie mam ochoty nic zrobić a w pewnym momencie przeszło mi przez myśl żeby jej ten „prezent” wywalić na kolana. Wtedy dopiero byłaby afera. No cóż takie mam reakcje jak ktoś na mnie naskakuje i straszy jeszcze na dokładkę strażą miejską i policją. Nie lubię osób, które swoje zgorzknienie wyładowują na innych i czepiają się do dupereli. Finalnie kupa została sprzątnięta i nikt nikogo nie wzywał, bo większość osób była po mojej stronie. Dobrze, że takie incydenty są jednorazowe. Kiedy się złoszczę uważać jednak muszę na Stafa, bo ten świetnie odczytuje emocje i jak ja jestem wkurzona to i on się zaczyna nakręcać. Wczoraj Piotrek był zdenerwowany i Staf w stajni atakował wszystko co się ruszało łącznie z końmi, co jest bardzo mało pozytywne. Myślę jednak, że skoro w mieście jest zrównoważony to i w stajni z czasem osiągnę taki stan umysłu u niego. Nie można tylko przy ćwiczeniach z innymi zwierzętami się denerwować a być spokojnym i asertywnym. W taki sposób nie dopuści się do eskalacji i wybuchu. Piotrek twierdzi, że mi się to nie uda a ja twierdzę, że mi się uda. Miałam za dobrych nauczycieli aby nie poradzić sobie z czymś takim. Mikra, Riki, Grant, Granda nauczyły mnie cierpliwości i spokoju. Potem jeszcze odpowiednie ćwiczenia i będzie dobrze. Może nie jestem Cesarem Millanem ale mam również doświadczenie i wiedzę, a to bardzo dużo. Zawsze lubiłam i lubię obserwować zwierzęta i analizować ich zachowania stadne. Psy i konie mają podobne, choć jedne są drapieżnikami a drugie nie. Ludzie mało się również od nich różnią w zachowaniu. Jedynie my świadomie interpretujemy swoje emocje, mowę i nieświadomie odczytujemy mowę ciała. Tak jesteśmy skonstruowani. Jednak w odczytywaniu mowy ciała zwierzęta są znacznie lepsze i dlatego my musimy bardzo zwracać uwagę na to co one nam przekazują ciałem. Ja wiele rzeczy odczytuję intuicyjnie i tak potem też reaguję. Staf nauczył się „oszukiwać”, bo to co by się wydawało uległością okazuje się chwilą przed atakiem. Ja jednak wierzę, że Stafa można zresocjalizować, bo tak jak były na początku problemy ze wspólnym jedzeniem teraz one zniknęły. Psy jedzą w jednym pomieszczeniu i nie ma kłótni.  W domu jest coraz to mniej problemów, co mnie cieszy. Pozostaje opanować te które powstały i będzie świetnie. Zwierzęta dobrze się uczy, bo one żyją chwilą i nie rozpatrują co było co będzie. W sumie ja się pomału też zaczynam tego uczyć i to mnie cieszy, bo to klucz do pokonania depresji a z nią padaczki…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

28.09.2013

28 wrz

Staf – 2 dzień w domu po adopcji

Staf dołączył do naszego stada 17 września 2013 w parę dni po odejściu Damy. Pojechaliśmy z Piotrkiem do schroniska obejrzeć psy. Wzięliśmy Pchełę ze sobą, jak ja mówiłam po to by jej pokazać co ją ominęło. Miałam w sieci upatrzone 2 psy. Diablo – czarnego owczarka takiego jak kiedyś była moja Alfa i Bruna najprawdziwszego amstaffa. Jak dojechaliśmy do schroniska lało i nie było przyjemnie. Jednak nie zrezygnowaliśmy. Przyjęła nas kierowniczka. Była jak zawsze zachwycona wydawaniem psów do adopcji. W czasie jak my byliśmy został zaadoptowany również labrador, przez osobę która go odwoziła do schroniska (chyba policjanta, albo strażnika miejskiego). Miał być już w domu na kwarantannie. Schronisko ładnie w środku odnowione a i budy dla psów zupełnie inne niż wtedy kiedy braliśmy Damę. Wszystko bardziej ucywilizowane ale jednak to nie jest miejsce dla psów i jest to ostateczność. Poprosiłam o pokazanie psów i spacer z nimi. Najpierw obejrzeliśmy Bruna (teraz nazywa się Staf) a potem Diabla. Amstaff sprawiał wrażenie dość opanowanego. Przedstawiłam mu się zapachem i według zasad: zero dotykania, patrzenia, mówienia. To mu się spodobało i przestał szczekać. Diablo okazał się bardziej wycofany i wydawało mi się, że się boi. Wróciliśmy do kierowniczki. Ta zadzwoniła do opiekunów psów. Diablo okazał się agresorem do zwierząt więc odpadł jeśli chodzi o adopcję, bo nie zaryzykowałabym życia Małej. Natomiast Bruno okazał się idealnym kandydatem, bo nie miał problemów z psami. Poszliśmy na spacer. Pies niemiłosiernie ciągnął mimo zaciskowej obroży zrobionej ze smyczy.  Po jakiejś chwili wypuściłam Pchełę z samochodu. Ta zaczęła zaciekle ujadać na nowego kolegę ze strachu. Nie zareagował tylko starał się jej unikać. Spokojny i opanowany. Zapytałam go wprost czy chce jechać z nami i zostać moim psem. Spojrzał na mnie pomachał ogonem i od razu wiedziałam, że już nie wróci do boksu. Wróciliśmy do biura załatwić formalności. Sama adopcja to był jeden podpis, potem szczepienie i czipowanie. Wszystko na szybko, bo Piotrek na nockę szedł do pracy. Psisko pokazało, że nie lubi lekarzy. U pierwszego weta (jeszcze tego co kiedyś leczył moje zwierzęta) mało nie zdemolował gabinetu i opierał się bardzo przed zastrzykiem. Jakoś go przytrzymaliśmy. Przy czipowaniu było ciut łatwiej, bo wiedzieliśmy już co nas czeka. Przy okazji zaczipowałam Pchełę, bo mieli jeszcze darmowe czipy. Wszystko trochę trwało i wróciliśmy zmęczeni. Staf (takie imię dostał już pierwszego dnia w domu, bo na Bruna nie reagował) pierwszą noc spędził w kagańcu dla bezpieczeństwa swojej mniejszej koleżanki (dwa razy ją ofuknął i nie mieliśmy pewności czy jej nie skrzywdzi). Potem stopniowo mu go zdejmowaliśmy i oswajaliśmy. Jednak do tej pory nas jeszcze zadziwia i pozytywnie zaskakuje. Co dzień odkrywa nowe cechy. Póki co te pozytywne. Wczoraj na przykład pokazał nam, że umie się  bawić gryzakiem. Piotrek wyszedł po piwo na stację benzynową, bo było już bardzo późno i pies jak go zobaczył rzucił się na smycz i zaczął nią szarpać powarkując przy tym. W pierwszej chwili Piotr nie wiedział co się dzieje i czy psu nie odbiła szajba (zwłaszcza, że nie ma około 2 lat jak mówiono nam w schronisku a koło 5 wg mnie), a pies po prostu się bawił. Zastanawiam się czy przypadkiem nie nauczył się tego od Pchęły, która cały czas walczy jak nie z gryzakiem to ze smyczą. Potem w domu powtórzył to z gryzakiem. Do Piotrka dotarło jak silny jest to pies, pomimo średniego wzrostu. Ja to wiedziałam, bo trochę czytałam o tej rasie. Cieszy mnie jednak fakt, że pies się coraz bardziej na nas otwiera. Jak nas widzi to ogon się mało nie urwie z radości. Nawet Moje Kochanie zaakceptował Stafa. Spał z nim w jednym łóżku. Słodko wyglądali. Staf go kupił, choć on na początku był sceptyczny mojemu pomysłowi adopcji takiego psa. Teraz się jednak przekonał, że to świetny i prawie idealny zwierzak domowy. Miło jest dawać drugą szansę psom i tworzyć stado. To mój sens życia i bycia. A teraz gdy mam ograniczony dostęp do stajni to moje zajęcie i wydaje mi się, że sprawdzam się w nim. Uwielbiam pracować ze zwierzętami. Może kiedyś będę tylko to robiła i zrealizuję mój sen o przedstawieniu z końmi i innymi zwierzętami, bo zaczęłam współpracę z Teatrem Konnym Cabriola. I kto wie może się to uda na razie mam pomysł i czas na realizację go…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

15.09.2013

15 wrz

Wczoraj los nie dał mi już wyboru musiałam uśpić Damę. Kiedy odchodzi najbliższy przyjaciel wieloletni członek stada to pozostaje po nim nieutulona tęsknota i czuje się tylko rozpacz. Cały czas płaczę i nie umiem dojść do siebie. Nie wiem czemu los mnie tak doświadcza i nie szczędzi mi tak okrutnych doświadczeń. Pomimo, że zrobiłam wszystko to niestety wciąż gdzieś w środku sama siebie pytam czy aby na pewno. Zapewniłam jej wszystko. Spokojne życie i spokojną śmierć bez bólu, choć  tyle mogłam zrobić. Jednak jak bardzo bolesne było powiedzieć żegnaj na razie kiedyś się jeszcze spotkamy wtedy Ty mnie powitasz…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

06.09.2013

06 wrz

Pcheła rośnie jak na drożdżach. Określiliśmy jej zasady i konsekwentnie ich wymagamy. Dziś niestety złamała jedną z reguł – nasikała na łóżko złośliwie, bo jej nie pozwoliłam gryźć kabla od laptopa. Dostała klapsa, a potem była na mnie obrażona pół dnia i udawała niewinną. Jednak chyba lekcję zrozumiała. Po południu pobawiła się z suczką w jej wieku i była szczęśliwa. Dama za to ostatnio zostaje na noc w domu i odpoczywa od tej rozrabiaki. Ja nadal pomieszkuje u Piotrka. Dziś rozmawiałam o tym z Moim Kochanie stwierdził, żebym robiła jak mi jest najlepiej. Jednak ja mam dylemat. Wiem, że to wszystko jakoś musi się rozwinąć i w końcu ktoś będzie cierpiał. Co ja mogę, że oboje mi są bliscy. Wczoraj odezwał się też Kacper. Chciał się spotkać, ale ja jakoś nie mam ochoty na spotkania. Podobnie było z Pawłem. Do Wirtualnego Lokatora znowu przyszedł polecony. Podobno ma jakąś sprawę w sądzie. Nawet nie chcę wiedzieć co on znowu przeskrobał. Kiedyś na mnie się zemści to, że jest u mnie zameldowany. Póki co na razie staram się nie myśleć o przyszłości i jakoś żyć bieżącym dniem. W sumie dobrze mi ostatnio to wychodzi. Psychicznie się troszkę pozbierałam ale czuję, że nie jestem zdrowa. Złożyłam też papiery do ZUS o przedłużenie „rehabilitacji”, bo widoki na prace marne. Za to się cieszę, że inni jakoś sobie radzą. Myślę też nad wyjazdem na parę tygodni do Niemiec do opieki nad starszymi osobami. Powstrzymuje mnie jedynie nieznajomość języka. Boję się, że po angielsku się nie dogadam a mój niemiecki nie jest nawet podstawowy. Sama też nie jestem specjalnie wygadana, więc tym bardziej to może utrudnić mi komunikację. Przez to nie dostanę osoby co poszukuje towarzystwa a jedynie jest niesamodzielna bo chora. Takiej opieki się nie podejmę, bo jest za trudna dla mnie. Kamiś wybiera się do Łysego do Dani razem z Wikulą. Póki co znowu ich miłość rozkwita. Ci wiecznie mają jakieś dziwaczne okresy kiedy się żrą a za chwilę są jak nowożeńcy. Zawsze mnie zastanawiało jak można tak żyć. Ja jednak mimo wszystko jestem bardziej stała. Może mam więcej szczęścia. Chcieli żeby jutro do nich wpaść ale jakoś nie mam specjalnej ochoty na to. Nie wiem czy chce wysłuchiwać jak to jest tam wspaniale i jakie mieli świetne wakacje. Póki co ja mam spore problemy i jakoś mnie ich wspaniałe życie nie cieszy. Samochód znowu się buntuje. Ten sam objaw niestety. Nie mam zupełnie pomysłu co się dzieje. Nawet jak będę wiedzieć to i tak nie ma kasy na naprawę. Znowu nie pojeżdżę do stajni, no chyba, że Piotrek mnie powozi do koni. Nie znoszę być zależna. Pogoda jest wspaniała i trochę by było szkoda tych ostatnich dni lata. Wczoraj na spacerze czułam się świetnie. To jak mnie Riki rozumie jest wspaniałe. Przy niej się czuję na miejscu. Pojechałyśmy do sklepu kupić podkładkę pod siodło. Śmiesznie to wyglądało dwa konie pies Iwona i ja. Zaparkowałyśmy na trawie a Luki poszedł ze mną na zakupy. Podkładka była strzałem w dziesiątkę. Siodło o wiele lepiej leży. Nie żałuję tego zakupu, choć nie był najtańszy. Co do zakupów to znowu muszę kupić buty. Te co zakupiłam po niecałym kwartale nadają się na śmieci, bo popękała podeszwa a ja zgubiłam paragon i z reklamacji nici. Wyrzucone w błoto 60 zł. Nie lubię kupować dla siebie butów i ubrań, bo zawsze mam takiego właśnie pecha. Do tego jeszcze ten wieczny brak kasy i martwienie się czy na przynajmniej część rzeczy wystarczy. Tak bardzo chcę żyć normalnie bez takich finansowych dylematów. Jednak nie mam pojęcia czy te czasy wrócą. Za to mam plan pojechać na grzyby, bo zaczął się sezon. W tym roku nie ma co odpuszczać, bo zapasy się wykończyły. Suszone grzyby jakby nie było to świetny dodatek do prawie wszystkich potraw. Nie lubię gotować, ale jak już muszę to grzyby dość często mnie ratują z opresji. Zresztą samo ich zbieranie to czysta przyjemność. Moje Kochanie chce wziąć urlop, wiec pewnie się w środę wybierzemy. Postanowiliśmy w końcu doprowadzić mieszkanie do użytku, bo jest masakryczne. Zaczniemy od zalanej sypialni. Będę musiała poprosić znowu Muśkę o pożyczenie kasy na nowy materac do łóżka, bo ten co mamy nie nadaje się już do niczego. Jak tylko kupimy nowy to psy dostaną eksmisję, bo za bardzo niszczą materac. Dostaną w zamian swoje posłania w naszych nogach. Moja w tym głowa, żeby miały bardzo wygodnie. Ja też uwielbiam się do nich tulić ale tu potrzeba kompromisu. Nie może być tak, żeby psy niszczyły nasze spanie. Dama ma problemy z trzymaniem moczu a mała sika złośliwie i potem materac cuchnie. Dlatego też będę szukać takiego, żeby można było go prać. Coś też dodatkowo wymyślę. Mam cichą nadzieję, że się uda a i Damie się poprawi. Nie chce jej stracić, choć wiem, że to już jej jesień życia i dlatego chcę dać jej wszystko co najlepsze. I tak odkąd jest Mała odżyła i niech tak trzyma…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

29.08.2013

29 sie

Lato pomału dobiega końca. To akurat dla mnie pozytyw. Nic się jednak mi nie układa. Trzeba było wziąć kolejny kredyt, żeby spłacić zadłużenia. Nie mam już siły na to, że coraz to gorzej się żyje. Mieszkam po części u Piotrka po części u siebie w zależności jakie on ma zmiany. Ostatnio mnie utrzymuje,bo ja nie mam na to pieniędzy. Utrzymuje też moje psice. Wstyd mi taka jest prawda. Muśka ma wieczne pretensje do mnie i twierdzi, że mi nie ufa. Ja nie mam już siły na kłótnie z nią i dyskusje, bo ona i tak mnie nie rozumie. Odstawiłam auto Rona, a ona mnie odwiozła do domu. Nie miałam jak uniknąć rozmowy z nią. Znowu mi zarzuca, że robię głupoty, bo nie chciałam jej prosić już o pieniądze, a telefony mi obustronnie zablokowali. Wpłaciliśmy należności ale jeszcze nie odblokowali. Co innego mówią przez telefon, co innego jest w sieci a co innego twierdzą w salonie. Można obłędu dostać. A najgorsze jest to, że i tak trzeba zapłacić. Chyba z powrotem przejdę na kartę, bo zaczyna mnie to drażnić. Zmęczenie, to wszystko co czuję. Unikam leków ale i tak rozbicie mi dokucza. Ciągle depresja jest ze mną. Przestaje widzieć dobre strony, a coraz to więcej widzę złych. Staram się jak tylko da żyć chwilą i nie przejmować tym co będzie. Najbardziej mnie dziś wkurzyła rada, że mam się dostosować do warunków a nie brać kredytów. Najlepiej sprzedać mieszkanie samochód i już w ogóle wegetować, bo nie zostanie nam nic. Rozglądam się za jakąś pracą ale nie ma póki co niczego na horyzoncie. Zresztą nie mam siły na tak radykalną zmianę. Moje dni są takie same i monotonne, nawet nie chce mi się narzekać. Chciałabym być sobą. Muśka zarzuca mi kłamstwo ale to ona dopisuje sobie jakieś dziwne rzeczy do tego co wie, a ja nie mam zamiaru jej mówić wszystkiego, bo zawsze spotykam się z krytyką. Już nie pamiętam czy kiedykolwiek powiedziała mi, że dobrze robię i jest super. Nigdy nie chciała albo nie umiała zrozumieć moich problemów. Jest to bardzo przykre ale prawdziwe. Ja chyba potrzebuję zwykłego wsparcia, a nawet moi znajomi mailowi się wykruszają i dziękują za znajomość. Przez to mam wrażenie, że nie jestem warta nic. Chcę coś zmienić, uczyć się ale blokują mnie finanse. I koło się zamyka. Zamiast być coraz lepiej jest coraz to gorzej. Z Moim Kochanie też nie jest dobrze. Pije. Co prawda codziennie tylko piwo ale czasami niestety coś mocniejszego. Martwi mnie to, bo robi to regularnie zbyt regularnie. On też źle się czuje i to widać. W domu jest bałagan tak wielki, że nie ma się ochoty w nim przebywać a my nie mamy siły sprzątać. Przekroczyło to już tą granicę gdzie można coś zrobić. Jest mi przykry ale nie mam nawet kogo prosić o pomoc. Nie wiem jak to już dalej będzie.Na razie najwięcej radości dają mi zwierzęta i zamykam się w ich świecie. Dobrze, że psice mogę prawie wszędzie je zabierać. Jeszcze powrót do stajni i będę się lepiej czuła. Zacznę Piotrka uczyć jeździć i będzie miło. Przeczytałam Grocholi „Trochę większy poniedziałek” (to jej opowiadania z gazet, które kiedyś już czytałam) i dało mi to myślenia. a póki co Pcheła dostała po uszach od Damy i siedzi na moich ramionach. Ech ten mój koto-pies jest niesamowity. Szkoda, że nie dogaduje się idealnie z Pepem ale już się bawią, więc myślę, że nie będzie źle. Moje Kochanie w aptece, a ja za dużo myślę i nie mam pojęcia co dalej. Nie mam jednak domu, ogrodu i miejsca gdzie mogę uciec. I tylko płakać mi się chce. Nic to pojadę porobić u Piotrka to może jakoś mi się ten nastrój wyrówna. Zimno, a jeszcze trochę spraw do załatwienia i brak wiary, że wszystko się uda co powoduje, że nie chce się nic…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

25.07.2013

25 lip

Od jakiegoś czasu tak sobie mieszkam w dwóch domach. Troszkę to jest niewygodne ale co tam. Ważne, że udaje mi się troszeczkę odpocząć od codzienności. Pcheła wariuje jak to szczeniak, ale szybko się uczy zasad i ograniczeń. To jest wspaniałe. Lubię patrzeć jak poznaje świat. Była już nawet w stajni i nie bała się nic a nic koni. Z jednej strony to dobrze z drugiej to nie najlepiej, bo może jej się coś stać. Na razie opanowała takie komendy jak: stój, zostań, zostaw, nie wolno. Na smyczy jeszcze trochę ciągnie ale generalnie nie jest bardzo źle jak na jej wiek. Szpilek jeszcze nie zdążyła zgubić i śrutuje wszystko co się da. Najlepiej bawi się jej rzeczami których w danym momencie używamy np. szpachelką (jedną rozłożyła na części pierwsze), packą, pędzlem, butami (to jej nałóg). Atakuje też spodnie w czasie ubierania. Jednak wystarczy na nią fuknąć i odpuszcza. Dama ją nauczyła, że ze mną się nie dyskutuje. Piotr też ją krótko trzyma, ale również rozpuszcza. Lubi jak przyjeżdżam z nią i nie przeszkadza mu zupełnie zaminowane kupami mieszkanie i ciągłe latanie z ręcznikami papierowymi i sprzątanie siuśków. Nawet Moje Kochanie nie jest taki wyrozumiały. Woli żebym zabierała Pchełkę jak tylko mogę. Ostatnio stwierdził, że przez te dwa dni co był w szpitalu to odpoczął od niej i się nareszcie wyspał, bo nikt mu po głowie nie skakał. Ważniejsze jednak jest, że w porę przestał palić i przerzucił się na e-papierosy. Przypuszczalnie gdyby palił, to zabieg byłby gorszy i nie wiadomo jak by się skończył. Tak wyczyścili mu w zasadzie tylko gardło z zalegającej wydzieliny. Nie było nawet co wysyłać na histopatologię. Tuż po zabiegu był trochę skołowany po głupim jasiu, ale wieczorem był już przytomny. Przez te dwa dni ja i Kamisia go odwiedzałyśmy. Musiałam też zdawać raporty Teściowej, bo za bardzo się denerwowała. Ciekawa jestem czy rzeczywiście uda mu się teraz rzucić palenie. E-papierosy na dłuższą metę też nie są dobre. Zobaczymy jak będzie. Nic na siłę. Trzeba chcieć i mieć motywację. To tak jak z remontem mieszkania Piotrka. Póki nie miał motywacji to mu się nie chciało a teraz jak przyjeżdżam to codziennie coś tam zrobimy. Dziś na przykład zrobiliśmy porządek z grzejnikami. Wczoraj nowy ale wybrakowany wymieniliśmy, dokupiliśmy duperelki potrzebne do montażu i dziś przykleiliśmy ekran i powiesiliśmy skręcony z dwóch grzejnik w kuchni. Może wieczorem a raczej w nocy powiesimy ten nowy w pokoju i będzie już coś do przodu. Jak dziś nie damy rady to jutro. Nigdzie nam się nie spieszy. Zostanie jeszcze malowanie i tak pomału do przodu. Biorąc pod uwagę, że mieszkanie było po spaleniu to już sporo jest zrobione. Do końca roku powinniśmy się wyrobić. Potem zabiorę się za remont u mnie w mieszkaniu. Póki co nie chce mi się i muszę poczekać do kolejnego deszczu na sprawdzenie naprawionego dachu. Jak dalej będzie zalewać to jakiekolwiek działania nie mają sensu. Zresztą i tak nie mamy finansów na nic. Trzeba by już wykładziny wymienić, wyremontować łazienkę i zalany pokój a na razie wszędzie jest bałagan. O kupnie materaca i kanapy to już nawet nie wspomnę, bo po co, jak kasy nie ma i nie będzie. Ja jeszcze mam chwilę czasu na rehabilitację ale jak tu wyjść z depresji jak wszystko się wali. Miałam się dziś spotkać tak wakacyjnie z Pawłem Zwierzakiem, ale nie wyszło ze względu na czas i do znudzenia finanse. Na kontach minusy i tylko 50 zł na tankowanie. Nie będę od nikogo kasy brać czy pożyczać, bo i tak nie mam z czego oddać. Kamiś w sobotę jedzie do Wielunia, potem na wakacje do Danii. Łysy nagle zmienił front i zaczął być romantyczny, opiekuńczy i do rany przyłóż. Ciekawa jestem kiedy mu przejdzie. Jak go znam za nie tak długo. Nie sądzę żeby coś do niego dotarło. Poza tym nazbyt podobny jest do swoich rodziców. Ci są wyjątkowo nieempatyczni. Ostatni wyskok był taki, żeby zabrać Wiki bo ta za dużo biega po dywanie i go niszczy. Jak dla mnie to jakaś masakra. Przecież to ich wnuczka i wiadomo, że 10 latka nie będzie cały dzień siedzieć sama i spokojnie się bawić. I tak to jest. Mnie by nie przyszło do głowy nawet coś takiego drugiej babci powiedzieć. Przecież to normalne dziecko, może trochę nadpobudliwe ale normalne. Można być zmęczonym opiekując się nią i to jest fakt, ale generalnie nie jest kłopotliwa. Wolę być z nią niż z moimi bratankami. Swoją drogą to ostatnio mam focha na rodzinę. Nie mam zupełnie ochoty na kontakty z Muśką i resztą. Mam swoje problemy, a ona zawsze je umniejsza. I to chyba jest powód dlaczego nie chcę z nią rozmawiać. Wolę pogadać z innymi ludźmi. Dostałam dwa zaproszenia na wakacje, ale raczej nie skorzystam. Nie wyobrażam sobie wakacji bez Mojego Kochania, a nas nie stać na wyjazd. Ostatnio pomarzyliśmy sobie o wypadzie kamperem po Polsce. Na marzeniach się skończy, bo znowu i do znudzenia nie ma na to kasy. Gdzie te czasy, że na wszystko było nas stać ?…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS